niedziela, 19 lutego 2012

i poszło...

ruszyłam...
zobaczymy, gdzie dojdę...

http://www.chatazodzysku.blogspot.com/

piątek, 17 lutego 2012

napalm

Mama nazywa tak mój słomiany zapał, który wybucha z wielką siłą... Kolejny wybuchł niedawno - tyle inspiracji mnie dopadło, że przestały się mieścić w głowie i szukały ujścia. Zaczęłam... malowanie, klejenie, zbijanie, owijanie, psucie i naprawiania, czyli... rękodzieło i rzemiosło pod każdą dostępną moim dłoniom postacią. Dzisiaj zaczynam na dokładkę szycie - właśnie przyjechała pożyczona maszyna :) Poza tym, przerażona szybkością zapełniania się kubła na śmieci i utrudnionym dostępem pojemników do segregowania, postanowiłam uprawiać domowy recycling. Mam mnóstwo pomysłów... włącznie z uruchomieniem nowego bloga... Tylko... jak zwykle za moim napalmem ciągnie się już na wstępie widmo... że będzie słomiany. No nic... się zobaczy. A tymczasem idę rozpracować maszynę :)

środa, 8 lutego 2012

imbecyl od bliskości czyli jak blisko trzeba być, żeby wiadomo było, że się już jest dostatecznie blisko

jestem idiotką, imbecylem, społecznie i emocjonalnie upośledzonym czubkiem
i nic z fajnego wariactwa w tym nie ma
dlaczego?
bo...
kiedy Ktoś Bliski traci Kogoś Bliskiego, chcesz być przy Nim, chcesz zrobić coś, choć nie wiesz co... chcesz oddać Mu kawałek duszy, bo przecież Jego dusza teraz radzi sobie z pustką, więc pewnie taki mniej pusty kawałek duszy bardzo Mu się przyda... chcesz oddać kawałek serca, bo przecież Jego serce teraz cierpi, więc taki mniej cierpiący fragment może być potrzebny...

chciałam oddać kawałek serca i kawałek duszy, a nie wiedziałam, jak się zachować...
nieprawda! wiedziałam - chciałam ścisnąć mocno dłoń, chciałam popatrzyć w oczy, chciałam pogłaskać po głowie i otoczyć ramieniem, przytulić...

ale nic z tych rzeczy, bo... bo powstrzymała mnie kwestia uprawnień
tak! w takiej chwili ja myślę o uprawnieniach... bo czy mi wolno? czy już na tyle blisko jestem, by wolno było mi takie gesty czynić? czy wystarczająco ważna jestem, by temu Ważnemu dać to, co chcę Mu dać

sama obecność wydała się być uprawniona, reszta już nie...
a teraz czuję, że powinnam była to własne idiotyczne prawo złamać
nie, nie "powinnam" - tu nie ma miejsca na powinności, normy, zasady
to była zwyczajna potrzeba bliskości
której nie podołałam...

poniedziałek, 2 stycznia 2012

thrill

http://www.youtube.com/watch?v=hBcXe2B97TQ

poniedziałek, 18 lipca 2011

taki sen...

nad wodą
granatowo błękitną
z rozkoszą zanurzam dłoń
zlatując bardzo nisko
wzbijam się znowu
dostrzegam ślady
stopy
wydeptały ścieżkę w falach
śledzę je chwilę
nikną
urwane w pół kroku

środa, 2 marca 2011

siedzę

siedzę z głową pustą...
czy to ma sens?
takie siedzenie?
ciężko mi się myśli ostatnio
więc niemyslenie to błogostan właściwie
niemożliwy przesyt myśleniem
stał się faktem

ostatnie próby zrozumienia - fiasko
ciągle obiecywanie sobie, że próbować nie będę - fiasko
szukanie wytłumaczenia u innych-fiasko
zresztą... już nawet nie wiem, jak pytania formułować
no jak?
jak pytać, by znaleźć odpowiedź?
no właśnie!
i znów się zastanawiam...
tylko czekać na... fiasko

poniedziałek, 1 listopada 2010

czasami nocą...

wydobywasz mnie
z ciemności
leżę
zalana poświatą twoich dłoni

lasery oczu
przesuwają się ukradkiem
po mroku skóry
diody opuszków
jarzą się w ciemnościach

oddaję
cieniste zakamarki ciała
byś je oświetlał
jeden po drugim
pocałunkami

przekręcasz lekko żarówki piersi
by zajaśniały
różowym mlecznym światłem

zapalasz oddechem
promienie włosów
i płomyki włosków

poruszasz tchnieniem ogniki
do wspólnego tańca

fotony dreszczy
iskierki rozkoszy
przeskakują
na drucikach skóry

przeszywasz mnie blaskiem
wchodzisz nagłym promieniem

płonę

niedziela, 26 września 2010

z J. dialog drugi - nad herbatą...

tak... spotkanie stóp i łydek..
gdy reszta świata jeszcze nad powierzchnią stołu rozmawia o czymś istotnym
a tu... niżej... zaczyna się ciepła gra... o panowanie

ach, te stopy, co wspinają się
po ciepłych ścianach nóg...


a nad stołem spuszczone rzęsy
raz po raz podnoszone
niby przypadkiem

i palce...
które
niby przypadkiem sięgają
po ten sam talerzyk
czy ciastko...

i cofają przestraszone
w lęku przed zdradą
nie... to nie lęk...
to nadmiar elektryczności...
która strzela iskierkami
i razi palce gdy suną za blisko siebie...
to ta ostrożność...
ale i zabawny lęk przed wyładowaniem...


i język
co z tych palców
delikatnie ściąga
plamkę czekolady -
zastępczej słodyczy
i wargi co zjadają okruszki...
i policzki, które ocierają się o wnętrze dłoni...

usta, które układają się
w ten specyficzny sposób
niby jeszcze mówią
a już trochę całują
powietrze

i uszy... które słyszą te szelesty skóry
a oczekują na więcej...
które czekają w niecierpliwej kolejce
a wiedzą, że chwila jeszcze nie nadeszła


i cienie wieczoru
co nagle zaczyna panować nad światem
i ciche mruczenie czajnika...
co chciałby jeszcze wody

i dylemat wstawania
od stołu
bo trzeba by stopy porzucić
i te mile do kuchenki odmierzyć
i czajnik napełnić
i czekać
aż wrzeć zacznie...
i dylemat powrotu do stołu
gdy nie wiadomo co ma być
znane a co ma się zacząć znów przypadkiem
niby przypadkiem...
stopy odnajdują się niemal natychmiast...
a Ty z kuchni wracasz bez bielizny...
czuję Twoje ciepło...


wypieki
na twarzy i szyi
udaję, że to od herbaty
tak płonę...
i odpinasz guzik...
koszuli
by piersi dostały powiew świeżego powietrza...
ciepło miłą falą płynie od czubka głowy
do paluszków stóp...
i z powrotem...


wachluję się dłonią
odgarniając włosy
delikatnie dmucham
chłodząc twarz
a wszystko to
przynosi
jeszcze większe ciepło
gdy kątem oka
łapię Twój wzrok
tak... patrzę jak się Twoje piersi unoszą...
ich delikatne owale toczą się prawie po stole...
palce muskają granicę ubrania... i lekko ją przesuwają
dalej i dalej
ale milimetrowymi skokami...

i już chciałyby drugich palców
by przesuwanie przyspieszyć
by szybciej odchylał się brzeg koszuli
by tę granicę
wzrok i dotyk
przekroczył

pozwól mi ochłodzić te piersi
chciałbym powiedzieć ale...
herbata...
czai się jeszcze w filiżankach...

we wrzącym powietrzu
w parze nad napojem
w dzwonieniu łyżeczki
w stukaniu spodeczka
słyszę i czuję
wszystkie niewypowiedziane szepty
wdychane w filiżankę
zamiast wprost do ucha...

i nagle powietrze się tak zagęszcza, że musimy oddychać jednym oddechem
czerpanym nawzajem z ust
bo nie wiemy jak nagle
przekroczyliśmy wszelkie granice
że i nagle usta zatopiły się w sobie z wzajemnością
i dłonie delikatnie odpinają guziki ubrania...

pękają nie bronione granice

ciało aż śpiewa z radości...

tańczysz
pod moim cichym dotykiem
i krzyczysz...
że tak...
że już...
że wreszcie...

i tańczymy..
w połowie ubrani
w pełni szczęśliwi...
nadzy... otwarci... zadowoleni...

nadstawiasz ucha na szepty...
dostajesz dużą porcję

nastawiasz pierś
dostajesz wiele...

dłonie rozpuszczasz po mnie
po sobie
po wspólnym
biegają jak oszalałe
wymieniając uśmiechy!

kara... ;)

Zrugał mnie wczoraj kolega DziKoń, że bloga zapuściłam... Wprawdzie owo zapuszczenie odpokutowałam ostatnio dwoma świeżymi postami, ale i tak się winna czuję, więc postanowiłam sobie sama karę zadać i napisać sto razy "Nie będę zaniedbywać mojego bloga", :P co niniejszym czynię... uwaga...
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga

A jeśli nadal będę zaniedbywać niniejszego bloga, zobowiązuję Wyżej Wymienionego i pozostałych nielicznych Czytaczy do kopnięcia mnie w tyłek i zmuszenia napisania tego samego ręcznie - wtedy na pewno mi się odechce lenistwa :PP

niedziela, 12 września 2010

dialogi z J.

pogoda dla wędrowca

dwie, trzy i więcej wędrówek po jednym ciele?
ciężka próba rozkoszy dla mapy...

ale jakże potrzebna... tylko mapa dokładnie odmierzona
palcami daje prawdziwy obraz wrażliwości...
i zaokrągleń...
palce... wędrują wzdłuż Twoich ramion...
skąd ta elektryczność??


może nadchodzi burza
wędrowiec powinien być gotowy
na każdą pogodę...

liczę na wszelkie anomalie pogodowe...

a jeśli spadnie śnieg
i skóra stanie się biała
i zimna?

a jeśli będziesz biała i śniegiem przyprószona to ja
odgarnę ten śnieg ciepłym oddechem...
i ogrzeję skórę dotykiem lekkim
ożywi się... ciało... obudzi... poruszy...
i krew zacznie krążyć jak nigdy dotąd
po nieznanych ścieżkach mocy


a jeśli przyjdzie susza
i spęka wargi
i odessie soki ze skóry
i z wnętrza?

to ja będę wściekłą burzą
i rozbiję wszelkie tamy...
wedrę się na suchy ląd i regularnym falowaniem
zaleję całą pustynię skóry
nie ostanie się nawet najmniejsza sucha wyspa skóry
w zalewie czułości....


a jeśli poszarzeję jesiennie
smutkiem i melancholią
kreśląc cienie pod oczami
i ciągle będzie padać
z tych oczu
i mokro będzie wszędzie
i mglisto?

wówczas przyniosę astry
kwiaty jesieni
które wilgocią oczy nakarmisz
a ja z liści wielobarwnych
przygotuję posłanie dla miłości..
uśmiechnie się jesień


a jeśli zerwie się wicher
podnosząc w górę wszystko
wciskając w oczy piach i liście
jeśli będzie chciał rwać z korzeniami
ręce
stopy
i włosy?

och... wstanę...
i jednym gestem uciszę ten wiatr niepokoju...
przetrę oczy pocałunkiem
i lampę zapalę słonecznika...
nad pestkami skubiąc
opowiemy sobie
różne historie
a potem zaśniemy spokojni
przytuleni


a kiedy zaświeci słońce
złocąc na trawie krople rosy
i ciepły powiew spłynie
z góry

odpoczniesz
po długiej i znojnej wędrówce
wtuliwszy się w moje włosy
śpiącej na polanie

przytuleni do siebie
będziemy mrużyć oczy
przed łaskoczącym promieniem...
odwal się słoneczko... powiesz...
jeszcze śpimy
szczęśliwi oboje...

sobota, 11 września 2010

dzielenie słowami

naga dla J.

rozpięte guziki codzienności
błyskawiczny zamek porannej kawy w kuchni
rajstopy miejskiego autobusu
zsunięte z nóg
pantofle biurowej wykładziny rozrzucone na boki
monitory okularów
biżuteria z kluczy od mieszkania

już prawie wszystko zdjęte
rękawiczki zakupów
i płaszcz kolejki na poczcie
jeszcze ostatnie haftki kolacji przy staniku
dwa...trzy ruchy
by stanąć naga
rozebrana z dnia
gotowa do przymiarki nocy

wtorek, 25 maja 2010

powrót...

wchodząc do bramy - brudnej, cuchnącej moczem i piwem z rozbitej butelki - usłyszałam ciszę...przejrzystą, nieskazitelną i czystą... była jak szmer strumienia w ciemnym lesie
potem skrzypnęły schody i zabrzęczały klucze, zapaliłam światło - to było molo o wschodzie słońca
w moim pokoju: długa litania ciepłych słów
sztuczne słoneczko
i ciepłe kolory u D.
- to wszystko to są wakacje u Dziadków, wśród pszczół i czereśni

a teraz dzień przed oczyma, choć wieczór już zapadł - to mocny i szczery uścisk przyjaznych ramion

Najniezwyklejsze rzeczy zdarzają się w najzwyklejszych dniach

... z wdzięcznością

czwartek, 13 maja 2010

Mag

Dzisiaj garść słów z aktualnej lektury. Lektury, która od kilku dni przejmuje mnie do głębi. Początkowo mozolna i odstręczająca, ale kilka zdań w międzyczasie zmusiło, by czytać dalej. I teraz właśnie te kilka zdań.
John Fowles Mag

Nie byłem cynikiem z natury, stałem się nim z potrzeby buntu. Udało mi się uciec od tego, czego nienawidziłem, ale nie odnalazłem jeszcze tego, co mógłbym kochać, udawałem więc przed samym sobą, że nic nie jest godne miłości. *Nicholas*

W naszych czasach nie odczuwa się strachu przed seksem, lecz przed miłością. *Nicholas*

Wiem, jak to jest, kiedy ktoś odjeżdża. Tydzień piekła, potem przez tydzień przykro, potem zaczyna się zapominać, potem wydaje się, że to się nigdy nie zdarzyło, że zdarzyło się komuś innemu i człowiek wzrusza ramionami. I mówi sobie, takie jest życie, tak to już musi być. Mówi same głupie rzeczy. Jakby czegoś na zawsze nie utracił. *Alison*

Wahałem się - ale czyż moralnym obowiazkiempoety, nie mówiąc już o cyniku, nie jest niemoralność? *Nicholas*

Rozejrzałem się jeszcze raz: - Zazdroszczę panu.
- A ja panu. Ma pan jedyną rzecz, która się liczy. Ma pan jeszcze wszystko przed sobą. *Conchis*

Wymierają nie tylko gatunki zwierząt, wymierają także całe gatunki uczuć. *Conchis*

Nie miałem żadnego planu, a raczej miałem ich sto, co jest znacznie gorsze. *Conchis*

Sprawił pan, że słowa wydają się zbędne. *Nicholas*

I tu dalsze słowa również są zbędne. Chyba, że powrót do słów z "Maga". Zmierzam do źródła powieści, więc jeszcze z tych słów zaczerpnę i jeszcze się tu pojawią...

wtorek, 4 maja 2010

wiekopomna chwila ;P

W życiu każdego bloga nadchodzi taki dzień (lub noc ewentualnie), gdy padają sakramentalne słowa dawno mnie tu nie było.... Kot i jego blog naiwnie wierzyli, że ich to nie spotka. Niestety, stało się. Wysuszone gardło i zamknięta kocia głowa doprowadziły do tego, że słowa takie paść powinny. Można by oczywiście sprawę pominąć milczeniem i udawać, że nic się nie stało, że pojęcie "dawno" zupełnie nas jeszcze nie dotyczy. Niestety, byłoby to kłamstwem wierutnym i oszustwem, więc darujemy sobie kłamstwa.
Najgorsze jednak to, że właściwie nadal nic wartego zapisania, w zamkniętej głowie się nie pojawiło, a może przez wyschnięte gardło przejść nie chce. Tak czy siak pozostało nam czekać do następnego "dawno"...

niedziela, 11 kwietnia 2010

...

to taki czas, kiedy nie wiadomo, co powiedzieć...
... dlatego wolałabym, żeby ludzie naprawdę nie mówili... dla niektórych lepiej, jeśli milczą...

czwartek, 8 kwietnia 2010

psychotropy...

...wprawdzie najłagodniejsze, ale jednak... nie wytrzymałam i wczoraj Dżo-Dżi wypisała mi receptę (dobrze mieć znajomego psychiatrę...) na antydepresanty...
małe owalne pigułki dołączyły do codziennej garstki...
na razie nic się nie zmieniło...
czekam na przypływ serotoniny...

piątek, 2 kwietnia 2010

Stałem tak długo, że zdenerwował mnie własny brak decyzji i nakazałem sobie odwrót...

John Fowles "Mag"

Kiedy brak decyzji, pozostaje tylko odwrót. A to też decyzja...

wtorek, 30 marca 2010

kot archiwalny

Odgrzebane słowa pewnej zaskakującej dwudziestolatki:

Potrzebuję za przewodnika mojej drogi Dziecka. Może Małego Chłopca... który by mi pokazał zagubione miejsca. Szczególnie wtedy, gdy dorośnie moja dorosłość. Potrzebuję Go, żeby mi przypominał, że życie wcale nie jest kompromisem między rzeczywistością a marzeniami. Żeby czasem w pochmurne dni uśmiechnął się za nie do ukrytego słońca. Żebyśmy mogli razem uwielbiać czekoladę, kochać zwierzęta, bawić się na powietrzu i śpiewać... Potrzebuję Go, by uczył mnie mówić "Nie rozumiem" i szukać prostych rozwiązań dla wielkich spraw. By mnie mocno trzymał za rękę i wywoływał sny o dniach, kiedy największymi problemami były Wielkie Dziecięce Kłopoty.
Potrzebuję Dziecka na swojej drodze. Dziecka zasłuchanego w magię i ściskającego w rączce czarodziejską kulkę. Dziecka,które chciałoby zamieszkać we mnie na zawsze.
13-14.02.2000 r.

Wracając do siebie, czasami mam wrażenie, że to zupełnie ktoś inny. Innym razem zadziwia mnie wrażenie zatrzymania się myśli. Czy rozważanie wciąż na nowo tych samych dylematów to oznaka dojrzewania, zastoju, czy uwstecznienia? Jeszcze parę takich myśli - zaskakująco bliskich mnie obecnej - czeka gdzieś na kartkach poupychanych w stare kalendarze, sztambuchy, zeszyty. Od czasu do czasu będą wracać. Chcą wracać, wyłaniają się nagle, jak przypadkowe znaleziska archeologów...

piątek, 26 marca 2010

jakaś niemożliwa ta wiosna...

Znów trochę banału co lirykę udaje, ale nie chce toto siedzieć cicho w kocim łbie, tylko się do słońca pcha, jak wszystko zresztą ostatnio. Ja też. Przy tym, co aktualnie funduje przyroda - trudno o lirykę, ckliwość sama przychodzi...

***
zwilżone lekko w zimowym skwarze
promienie gwiazdy - jeszcze ciemne,
jeszcze zbliżone do przedświtu,
jeszcze niepewne

naznacza się niewdzięcznym gestem
grzech - wczesnym deszczem skołowany
horyzont - ciągle bez odniesień
leży odłogiem i leżeć będzie

a ziemia z niebem - trójkąt bez wierzchołka
soki zielone - jeszcze nie krwawią,
jeszcze przymarzną do zeschłych liści,
jeszcze zostaną

ziewając, wstanie jednak z pierza
skrzypiące łoże wnet opuści,
jeszcze niepewna, może nie teraz
ale z kwitnieniem nadejść musi

niedziela, 14 marca 2010

state of emergency...

Od czasu do czasu napada mnie taka nagła potrzeba zrozumienia, nagłe pragnienie nadania sensu wszystkiemu. Ten stan wiąże się niestety z kompletnym zaćmieniem umysłu i chorobliwą wręcz niemożnością myślenia przyczynowo - skutkowego. Efekt - wtedy, gdy najbardziej potrzebuję zrozumień, nie jestem w stanie zrozumieć zupełnie nic. I wtedy rodzą się we mnie bezładne słowa. Naiwnie wierzę, że kiedyś odkryją one swój tajny przekaz i objawią mi prawdę. Bezczelnie sądzę, że mają one jednak jakiś sens, za wcześnie jednak, by ujrzał on światło dzienne. Z całego serca liczę na to, że kiedyś po prostu je zrozumiem...

***
zachłanny i skryty w pokorze
odsłoni swoją miękką głowę
by z sennych strun dotknięcia
samotnej siły zaczerpnąć

przystanie skrajem dłoni
na bladym brzmieniu światła

dotknie go
niewyraźna
smutna
i zachłyśnięta

nic nie przepuści próchna duszy
pomiędzy duszny bezmiar strachu


EROTYK
upoić się żarzącym brzegiem trwogi
spłynąwszy w górę jak spokojny sokół
musnąć zaledwie granic bezwstydu
skórą spijając krople potu i sadzy
dymiący dotyk wlać do wnętrza
smoliste brzemię przyjąć w siebie

stojąc niewinnie nic nie znaczyć
upadać z triumfem będąc cieniem


UCZTA
gnij
rozpadaj się w lepkości
dostąp
smaku grzesznej śliny

możesz zmiażdżyć gęstość dłoni
rozpuścić spróbuj wrzące żyły

gotuj swój mózg
rozbieraj do kości

nim rozpacz pozwoli się nasycić