środa, 2 marca 2011

siedzę

siedzę z głową pustą...
czy to ma sens?
takie siedzenie?
ciężko mi się myśli ostatnio
więc niemyslenie to błogostan właściwie
niemożliwy przesyt myśleniem
stał się faktem

ostatnie próby zrozumienia - fiasko
ciągle obiecywanie sobie, że próbować nie będę - fiasko
szukanie wytłumaczenia u innych-fiasko
zresztą... już nawet nie wiem, jak pytania formułować
no jak?
jak pytać, by znaleźć odpowiedź?
no właśnie!
i znów się zastanawiam...
tylko czekać na... fiasko

poniedziałek, 1 listopada 2010

czasami nocą...

wydobywasz mnie
z ciemności
leżę
zalana poświatą twoich dłoni

lasery oczu
przesuwają się ukradkiem
po mroku skóry
diody opuszków
jarzą się w ciemnościach

oddaję
cieniste zakamarki ciała
byś je oświetlał
jeden po drugim
pocałunkami

przekręcasz lekko żarówki piersi
by zajaśniały
różowym mlecznym światłem

zapalasz oddechem
promienie włosów
i płomyki włosków

poruszasz tchnieniem ogniki
do wspólnego tańca

fotony dreszczy
iskierki rozkoszy
przeskakują
na drucikach skóry

przeszywasz mnie blaskiem
wchodzisz nagłym promieniem

płonę

niedziela, 26 września 2010

z J. dialog drugi - nad herbatą...

tak... spotkanie stóp i łydek..
gdy reszta świata jeszcze nad powierzchnią stołu rozmawia o czymś istotnym
a tu... niżej... zaczyna się ciepła gra... o panowanie

ach, te stopy, co wspinają się
po ciepłych ścianach nóg...


a nad stołem spuszczone rzęsy
raz po raz podnoszone
niby przypadkiem

i palce...
które
niby przypadkiem sięgają
po ten sam talerzyk
czy ciastko...

i cofają przestraszone
w lęku przed zdradą
nie... to nie lęk...
to nadmiar elektryczności...
która strzela iskierkami
i razi palce gdy suną za blisko siebie...
to ta ostrożność...
ale i zabawny lęk przed wyładowaniem...


i język
co z tych palców
delikatnie ściąga
plamkę czekolady -
zastępczej słodyczy
i wargi co zjadają okruszki...
i policzki, które ocierają się o wnętrze dłoni...

usta, które układają się
w ten specyficzny sposób
niby jeszcze mówią
a już trochę całują
powietrze

i uszy... które słyszą te szelesty skóry
a oczekują na więcej...
które czekają w niecierpliwej kolejce
a wiedzą, że chwila jeszcze nie nadeszła


i cienie wieczoru
co nagle zaczyna panować nad światem
i ciche mruczenie czajnika...
co chciałby jeszcze wody

i dylemat wstawania
od stołu
bo trzeba by stopy porzucić
i te mile do kuchenki odmierzyć
i czajnik napełnić
i czekać
aż wrzeć zacznie...
i dylemat powrotu do stołu
gdy nie wiadomo co ma być
znane a co ma się zacząć znów przypadkiem
niby przypadkiem...
stopy odnajdują się niemal natychmiast...
a Ty z kuchni wracasz bez bielizny...
czuję Twoje ciepło...


wypieki
na twarzy i szyi
udaję, że to od herbaty
tak płonę...
i odpinasz guzik...
koszuli
by piersi dostały powiew świeżego powietrza...
ciepło miłą falą płynie od czubka głowy
do paluszków stóp...
i z powrotem...


wachluję się dłonią
odgarniając włosy
delikatnie dmucham
chłodząc twarz
a wszystko to
przynosi
jeszcze większe ciepło
gdy kątem oka
łapię Twój wzrok
tak... patrzę jak się Twoje piersi unoszą...
ich delikatne owale toczą się prawie po stole...
palce muskają granicę ubrania... i lekko ją przesuwają
dalej i dalej
ale milimetrowymi skokami...

i już chciałyby drugich palców
by przesuwanie przyspieszyć
by szybciej odchylał się brzeg koszuli
by tę granicę
wzrok i dotyk
przekroczył

pozwól mi ochłodzić te piersi
chciałbym powiedzieć ale...
herbata...
czai się jeszcze w filiżankach...

we wrzącym powietrzu
w parze nad napojem
w dzwonieniu łyżeczki
w stukaniu spodeczka
słyszę i czuję
wszystkie niewypowiedziane szepty
wdychane w filiżankę
zamiast wprost do ucha...

i nagle powietrze się tak zagęszcza, że musimy oddychać jednym oddechem
czerpanym nawzajem z ust
bo nie wiemy jak nagle
przekroczyliśmy wszelkie granice
że i nagle usta zatopiły się w sobie z wzajemnością
i dłonie delikatnie odpinają guziki ubrania...

pękają nie bronione granice

ciało aż śpiewa z radości...

tańczysz
pod moim cichym dotykiem
i krzyczysz...
że tak...
że już...
że wreszcie...

i tańczymy..
w połowie ubrani
w pełni szczęśliwi...
nadzy... otwarci... zadowoleni...

nadstawiasz ucha na szepty...
dostajesz dużą porcję

nastawiasz pierś
dostajesz wiele...

dłonie rozpuszczasz po mnie
po sobie
po wspólnym
biegają jak oszalałe
wymieniając uśmiechy!

kara... ;)

Zrugał mnie wczoraj kolega DziKoń, że bloga zapuściłam... Wprawdzie owo zapuszczenie odpokutowałam ostatnio dwoma świeżymi postami, ale i tak się winna czuję, więc postanowiłam sobie sama karę zadać i napisać sto razy "Nie będę zaniedbywać mojego bloga", :P co niniejszym czynię... uwaga...
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga
Nie będę zaniedbywać mojego bloga

A jeśli nadal będę zaniedbywać niniejszego bloga, zobowiązuję Wyżej Wymienionego i pozostałych nielicznych Czytaczy do kopnięcia mnie w tyłek i zmuszenia napisania tego samego ręcznie - wtedy na pewno mi się odechce lenistwa :PP

niedziela, 12 września 2010

dialogi z J.

pogoda dla wędrowca

dwie, trzy i więcej wędrówek po jednym ciele?
ciężka próba rozkoszy dla mapy...

ale jakże potrzebna... tylko mapa dokładnie odmierzona
palcami daje prawdziwy obraz wrażliwości...
i zaokrągleń...
palce... wędrują wzdłuż Twoich ramion...
skąd ta elektryczność??


może nadchodzi burza
wędrowiec powinien być gotowy
na każdą pogodę...

liczę na wszelkie anomalie pogodowe...

a jeśli spadnie śnieg
i skóra stanie się biała
i zimna?

a jeśli będziesz biała i śniegiem przyprószona to ja
odgarnę ten śnieg ciepłym oddechem...
i ogrzeję skórę dotykiem lekkim
ożywi się... ciało... obudzi... poruszy...
i krew zacznie krążyć jak nigdy dotąd
po nieznanych ścieżkach mocy


a jeśli przyjdzie susza
i spęka wargi
i odessie soki ze skóry
i z wnętrza?

to ja będę wściekłą burzą
i rozbiję wszelkie tamy...
wedrę się na suchy ląd i regularnym falowaniem
zaleję całą pustynię skóry
nie ostanie się nawet najmniejsza sucha wyspa skóry
w zalewie czułości....


a jeśli poszarzeję jesiennie
smutkiem i melancholią
kreśląc cienie pod oczami
i ciągle będzie padać
z tych oczu
i mokro będzie wszędzie
i mglisto?

wówczas przyniosę astry
kwiaty jesieni
które wilgocią oczy nakarmisz
a ja z liści wielobarwnych
przygotuję posłanie dla miłości..
uśmiechnie się jesień


a jeśli zerwie się wicher
podnosząc w górę wszystko
wciskając w oczy piach i liście
jeśli będzie chciał rwać z korzeniami
ręce
stopy
i włosy?

och... wstanę...
i jednym gestem uciszę ten wiatr niepokoju...
przetrę oczy pocałunkiem
i lampę zapalę słonecznika...
nad pestkami skubiąc
opowiemy sobie
różne historie
a potem zaśniemy spokojni
przytuleni


a kiedy zaświeci słońce
złocąc na trawie krople rosy
i ciepły powiew spłynie
z góry

odpoczniesz
po długiej i znojnej wędrówce
wtuliwszy się w moje włosy
śpiącej na polanie

przytuleni do siebie
będziemy mrużyć oczy
przed łaskoczącym promieniem...
odwal się słoneczko... powiesz...
jeszcze śpimy
szczęśliwi oboje...

sobota, 11 września 2010

dzielenie słowami

naga dla J.

rozpięte guziki codzienności
błyskawiczny zamek porannej kawy w kuchni
rajstopy miejskiego autobusu
zsunięte z nóg
pantofle biurowej wykładziny rozrzucone na boki
monitory okularów
biżuteria z kluczy od mieszkania

już prawie wszystko zdjęte
rękawiczki zakupów
i płaszcz kolejki na poczcie
jeszcze ostatnie haftki kolacji przy staniku
dwa...trzy ruchy
by stanąć naga
rozebrana z dnia
gotowa do przymiarki nocy

wtorek, 25 maja 2010

powrót...

wchodząc do bramy - brudnej, cuchnącej moczem i piwem z rozbitej butelki - usłyszałam ciszę...przejrzystą, nieskazitelną i czystą... była jak szmer strumienia w ciemnym lesie
potem skrzypnęły schody i zabrzęczały klucze, zapaliłam światło - to było molo o wschodzie słońca
w moim pokoju: długa litania ciepłych słów
sztuczne słoneczko
i ciepłe kolory u D.
- to wszystko to są wakacje u Dziadków, wśród pszczół i czereśni

a teraz dzień przed oczyma, choć wieczór już zapadł - to mocny i szczery uścisk przyjaznych ramion

Najniezwyklejsze rzeczy zdarzają się w najzwyklejszych dniach

... z wdzięcznością

czwartek, 13 maja 2010

Mag

Dzisiaj garść słów z aktualnej lektury. Lektury, która od kilku dni przejmuje mnie do głębi. Początkowo mozolna i odstręczająca, ale kilka zdań w międzyczasie zmusiło, by czytać dalej. I teraz właśnie te kilka zdań.
John Fowles Mag

Nie byłem cynikiem z natury, stałem się nim z potrzeby buntu. Udało mi się uciec od tego, czego nienawidziłem, ale nie odnalazłem jeszcze tego, co mógłbym kochać, udawałem więc przed samym sobą, że nic nie jest godne miłości. *Nicholas*

W naszych czasach nie odczuwa się strachu przed seksem, lecz przed miłością. *Nicholas*

Wiem, jak to jest, kiedy ktoś odjeżdża. Tydzień piekła, potem przez tydzień przykro, potem zaczyna się zapominać, potem wydaje się, że to się nigdy nie zdarzyło, że zdarzyło się komuś innemu i człowiek wzrusza ramionami. I mówi sobie, takie jest życie, tak to już musi być. Mówi same głupie rzeczy. Jakby czegoś na zawsze nie utracił. *Alison*

Wahałem się - ale czyż moralnym obowiazkiempoety, nie mówiąc już o cyniku, nie jest niemoralność? *Nicholas*

Rozejrzałem się jeszcze raz: - Zazdroszczę panu.
- A ja panu. Ma pan jedyną rzecz, która się liczy. Ma pan jeszcze wszystko przed sobą. *Conchis*

Wymierają nie tylko gatunki zwierząt, wymierają także całe gatunki uczuć. *Conchis*

Nie miałem żadnego planu, a raczej miałem ich sto, co jest znacznie gorsze. *Conchis*

Sprawił pan, że słowa wydają się zbędne. *Nicholas*

I tu dalsze słowa również są zbędne. Chyba, że powrót do słów z "Maga". Zmierzam do źródła powieści, więc jeszcze z tych słów zaczerpnę i jeszcze się tu pojawią...

wtorek, 4 maja 2010

wiekopomna chwila ;P

W życiu każdego bloga nadchodzi taki dzień (lub noc ewentualnie), gdy padają sakramentalne słowa dawno mnie tu nie było.... Kot i jego blog naiwnie wierzyli, że ich to nie spotka. Niestety, stało się. Wysuszone gardło i zamknięta kocia głowa doprowadziły do tego, że słowa takie paść powinny. Można by oczywiście sprawę pominąć milczeniem i udawać, że nic się nie stało, że pojęcie "dawno" zupełnie nas jeszcze nie dotyczy. Niestety, byłoby to kłamstwem wierutnym i oszustwem, więc darujemy sobie kłamstwa.
Najgorsze jednak to, że właściwie nadal nic wartego zapisania, w zamkniętej głowie się nie pojawiło, a może przez wyschnięte gardło przejść nie chce. Tak czy siak pozostało nam czekać do następnego "dawno"...

niedziela, 11 kwietnia 2010

...

to taki czas, kiedy nie wiadomo, co powiedzieć...
... dlatego wolałabym, żeby ludzie naprawdę nie mówili... dla niektórych lepiej, jeśli milczą...

czwartek, 8 kwietnia 2010

psychotropy...

...wprawdzie najłagodniejsze, ale jednak... nie wytrzymałam i wczoraj Dżo-Dżi wypisała mi receptę (dobrze mieć znajomego psychiatrę...) na antydepresanty...
małe owalne pigułki dołączyły do codziennej garstki...
na razie nic się nie zmieniło...
czekam na przypływ serotoniny...

piątek, 2 kwietnia 2010

Stałem tak długo, że zdenerwował mnie własny brak decyzji i nakazałem sobie odwrót...

John Fowles "Mag"

Kiedy brak decyzji, pozostaje tylko odwrót. A to też decyzja...

wtorek, 30 marca 2010

kot archiwalny

Odgrzebane słowa pewnej zaskakującej dwudziestolatki:

Potrzebuję za przewodnika mojej drogi Dziecka. Może Małego Chłopca... który by mi pokazał zagubione miejsca. Szczególnie wtedy, gdy dorośnie moja dorosłość. Potrzebuję Go, żeby mi przypominał, że życie wcale nie jest kompromisem między rzeczywistością a marzeniami. Żeby czasem w pochmurne dni uśmiechnął się za nie do ukrytego słońca. Żebyśmy mogli razem uwielbiać czekoladę, kochać zwierzęta, bawić się na powietrzu i śpiewać... Potrzebuję Go, by uczył mnie mówić "Nie rozumiem" i szukać prostych rozwiązań dla wielkich spraw. By mnie mocno trzymał za rękę i wywoływał sny o dniach, kiedy największymi problemami były Wielkie Dziecięce Kłopoty.
Potrzebuję Dziecka na swojej drodze. Dziecka zasłuchanego w magię i ściskającego w rączce czarodziejską kulkę. Dziecka,które chciałoby zamieszkać we mnie na zawsze.
13-14.02.2000 r.

Wracając do siebie, czasami mam wrażenie, że to zupełnie ktoś inny. Innym razem zadziwia mnie wrażenie zatrzymania się myśli. Czy rozważanie wciąż na nowo tych samych dylematów to oznaka dojrzewania, zastoju, czy uwstecznienia? Jeszcze parę takich myśli - zaskakująco bliskich mnie obecnej - czeka gdzieś na kartkach poupychanych w stare kalendarze, sztambuchy, zeszyty. Od czasu do czasu będą wracać. Chcą wracać, wyłaniają się nagle, jak przypadkowe znaleziska archeologów...

piątek, 26 marca 2010

jakaś niemożliwa ta wiosna...

Znów trochę banału co lirykę udaje, ale nie chce toto siedzieć cicho w kocim łbie, tylko się do słońca pcha, jak wszystko zresztą ostatnio. Ja też. Przy tym, co aktualnie funduje przyroda - trudno o lirykę, ckliwość sama przychodzi...

***
zwilżone lekko w zimowym skwarze
promienie gwiazdy - jeszcze ciemne,
jeszcze zbliżone do przedświtu,
jeszcze niepewne

naznacza się niewdzięcznym gestem
grzech - wczesnym deszczem skołowany
horyzont - ciągle bez odniesień
leży odłogiem i leżeć będzie

a ziemia z niebem - trójkąt bez wierzchołka
soki zielone - jeszcze nie krwawią,
jeszcze przymarzną do zeschłych liści,
jeszcze zostaną

ziewając, wstanie jednak z pierza
skrzypiące łoże wnet opuści,
jeszcze niepewna, może nie teraz
ale z kwitnieniem nadejść musi

niedziela, 14 marca 2010

state of emergency...

Od czasu do czasu napada mnie taka nagła potrzeba zrozumienia, nagłe pragnienie nadania sensu wszystkiemu. Ten stan wiąże się niestety z kompletnym zaćmieniem umysłu i chorobliwą wręcz niemożnością myślenia przyczynowo - skutkowego. Efekt - wtedy, gdy najbardziej potrzebuję zrozumień, nie jestem w stanie zrozumieć zupełnie nic. I wtedy rodzą się we mnie bezładne słowa. Naiwnie wierzę, że kiedyś odkryją one swój tajny przekaz i objawią mi prawdę. Bezczelnie sądzę, że mają one jednak jakiś sens, za wcześnie jednak, by ujrzał on światło dzienne. Z całego serca liczę na to, że kiedyś po prostu je zrozumiem...

***
zachłanny i skryty w pokorze
odsłoni swoją miękką głowę
by z sennych strun dotknięcia
samotnej siły zaczerpnąć

przystanie skrajem dłoni
na bladym brzmieniu światła

dotknie go
niewyraźna
smutna
i zachłyśnięta

nic nie przepuści próchna duszy
pomiędzy duszny bezmiar strachu


EROTYK
upoić się żarzącym brzegiem trwogi
spłynąwszy w górę jak spokojny sokół
musnąć zaledwie granic bezwstydu
skórą spijając krople potu i sadzy
dymiący dotyk wlać do wnętrza
smoliste brzemię przyjąć w siebie

stojąc niewinnie nic nie znaczyć
upadać z triumfem będąc cieniem


UCZTA
gnij
rozpadaj się w lepkości
dostąp
smaku grzesznej śliny

możesz zmiażdżyć gęstość dłoni
rozpuścić spróbuj wrzące żyły

gotuj swój mózg
rozbieraj do kości

nim rozpacz pozwoli się nasycić

piątek, 12 marca 2010

wstyd

jak tu się własnych słów nie lękać?
jak tu śmiałością kartki kalać bezczelnie?
jak własnych myśli nie powstrzymywać cicho,
kiedy stanę wobec tego:

Początek poezji Rafał Wojaczek

Błędna przełęcz pomiędzy piersiami Atlantydy
Lub inny lecz trakt zawsze nie z mojego snu -
O, początek poezji swoimi chodzi drogami!

Wiem jeszcze więcej: oto, aby móc się bawić
Tym, iż nawet iskrzenia elektrycznych stóp
Nie słyszę, kierpce nosie splecione z włókien ciszy.

Oraz dłonie umyślnie wcisnął w rękawiczki,
Tak by odcisków palców nie węszył mój głód,
Choć na zewnętrznej stronie snu mogłyby być -

No bo czy z nie mógł dotknąć: potknąć się o kłącze
Żądzy, które niekiedy aż poza sen wyrasta?
Mniemam także, iż chłodny hełm ma na głowie, gdyż

Nie podpala mu włosów nawet rozpędzony
Promień jasnowidzenia. Dziewczęca wdzięczna maska -
Tak oto drogi chłopiec ze snu i ze mnie drwi.

Lecz wiem: poza tym nagi jest jak szczera róża
i gdybym był kobietą dawano miałbym w ustach.




Błyskawica Rafał Wojaczek
1.
Wierszem rosnę do Ciebie, która o mnie nie wiesz.
Ale ja wiem o Tobie, to znaczy, żeś jest.
Tak bardzo pojednana ze swoim istnieniem,
Że nieśmiertelna: tylko z wahań żyje śmierć.
2.
Wierszem rosnę do Ciebie która jesteś w niebie
Wyższym niż to pastwisko, gdzie się pasie ptak
Mojego wzroku; dokąd nie dosięga akt
Strzelisty samogwałtu i jasnowidzenie.
3.
Wierszem rosnę do Ciebie, której nie zna nikt
Z żyjących i ,umarłych. Ja też jeszcze nie znam.
Lecz wiersz rośnie na oślep coraz wyżej, mit
Rozjaśnia nieskończona błyskawica serca.


albo...

*** Krzysztof Kamil Baczyński
Papier wezbrał, a dłoń jak odcięta
białym ptakiem biegła po nim sama,
aż stanęła; wtedy z czaszki zmiętej
ziała otchłań otwarta jak rana.
Wtedy stał znad stołu i na barki
ciemność spadła, a on nieprzytomny
poczuł skrzydeł łopot u wargi,
zaczajony ogrom - u brwi ogromnych.
Stanął w oknie: o krok las przystanął,
wśród powietrza napiętego burzą
nieruchomy, pełen lwów, tytanów
i upiorów, które oczy mrużą.
Cały w grozie, rozpłaszczony lękiem,
człowiek drżał, do czoła podniósł rękę
i zawołał w las, co stojąc groził:
"Kim ty jesteś, który mówisz ze mnie?"
a już pękał bór tysiącem nożyc
i pioruny biły w ciemność - ciemne.
dn. 9. XII 41 r.


Czyż jest ktoś, kto mówi ze mnie?...

poniedziałek, 8 marca 2010

szuflada

Szuflada okazała się być bogatsza, niż zakurzone kąty... Skrawki, które ujrzały światło dzienne:

HAIKU
dziwny cichy brzęk
to noc przyszywa gwiazdy
ciszą do nieba

***
księżyc ściśnięty w trzewiach chmur
nocą zawsze wychodzą w ciemność
wilki
rozmawiają z sowami

***
oddycham formą
połykam przestrzeń
która nie mieści się nigdzie
wypełniam się kształtem
tym samym
który mną się zapełnił

***
upadłam
cisza stratowała mnie
swym miękkim ciałem
zostawiając pył
wpijających się w nozdrza
oddechów

małe ziarenka
otoczyły pustynię

***
drewniana suknia
mojej starej szafy
skrzypiąca
jawnymi mymi sekretami
unoszonymi co dzień na bladej skórze

prawdę najczystszą
mówi cień
który rzuca
który rzucam

i zrzucam co wieczór

***
odpada życie od świata
albo świat od życia
kawałek po kawałeczku
i chodzę tak w kółko
czekając
aż się rozpadnie zupełnie
odsłoni wszystkie tajemne najgłębie


prochem jesteś
bo się w proch obrócisz

HAIKU
zbyt często prana
zestarzała się prawda
zamknięte wieko

HAIKU
rysuje się cień
na bladej sennej ścianie
tam kładę głowę

H
to jest wiatr cichy
co me serce otwiera
przemknę się w spokój

H
nie będę klaskać
gdy śpiewają sowie dni
bo oto ciemność

H
i tak dalej trwa
niekończący się czas
nigdy mi go dość

H
rozprysnął się świat
kropla czystego śmiechu
upadła na szkło

sobota, 6 marca 2010

wymiecione z kątów

***
z głową pełną księżyca
świecę obcym blaskiem
odbijam Myśli i Słowa
przegrywam walkowerem

rękami pustymi od grzechów
przebijam się do dna
zabieram baśnie Smokom
oszustwem pokonana

przebieram palcami
po blacie cudzej Chwały
to co innych napawa
przytłacza mnie i tłamsi



***
pół dnia spędzam
na nie swoich marzeniach

pół nocy przesypiam
w podkradanych snach

pół życia przeżywam
pożyczonym szczęściem

pół głowy wypełnia
wybłagany skarb


***
gwiazdy
zaszczute i same
w tłumie

boleśnie dotknięte
głupimi marzeniami
wykorzystane
przez pazernych gapiów
spadają
bestialsko torturowane
życzeniami

mamy prawo
tylko do ich cieni
a bierzemy ich blask
bez skrupułów

***
rozsądku
wierności
oddania
sumienności
poświęceń
rozgrzeszeń
szczęścia
satysfakcji

nie obiecywałam
a zobowiązania ciążą
trzeba, cholera, spłacać te długi

***
MOLO (dla M. - Optymisty)
trzeszczy
chwieje się
pęka

uszy zalane kipielą
płaszcz chmur nie chroni ramion
żyłki deszczu zaciśnięte wokół oczu
płuca zmiażdżone wiatrem
brak oparcia dla dłoni
i stopy grzęznące w powietrzu

a Ty stoisz
na skraju mola
cierpliwie czekając na słońce


PS. Grafomania okropna czaiła się w tych kątach. Trzeba ją było wymieść. Oczyszczona atmosfera może przyniesie poprawę. Czego Wam i sobie przed snem i po nim życzę.

poniedziałek, 1 marca 2010

digital roses

Ach... tyle inspiracji dziś fruwało wokół mnie. Teraz szamocą się jak kosmate ćmy i łaskoczą wnętrze głowy. Język, uszy i oczy jeszcze nie potrafią ich ogarnąć. Nie da się uporządkować nieogarnionego. Więc pozostanę dziś z łaskotaniem.
Świat wokół poukładał się dzisiaj w wykrzyknik, chciało mi się uśmiechać nawet do kałuż i tramwajów. Moja depresyjna ja nie poznała się w lustrze i (o bogowie!) dała sobie zrobić zdjęcie, z którego jest zadowolona :)
Ze wszystkich rzeczy najbardziej niezwykłe są te najzwyklejsze. Miłe towarzystwo przy kawie i pytanie, trafiające w środek serca. Smaczny obiad i widok Przyjaciela. Proste słowa i nagłe olśnienia.
A na deser tego pochmurnego dnia pełnego słońca - koncert. Nowe ćmy z niego - całe chmary, jak płaszcz siedzą mi jeszcze na ramionach, fruwają po pokoju i przyciskają palce do klawiszy. Ołówek czeka w pogotowiu, ale jeszcze nie ogarniam, nie trzeba mi teraz ogarniać. Trzeba mi trwać...


niedziela, 28 lutego 2010

Dzień lenistwa i refleksji - na lenistwie czas mija szybko, na refleksji się dłuży. O cudowna równowago umysłu!

***
do czarnego się przybliża
znika z powiek
zasłania się dłonią przed ciosem
jak w wielkiej powodzi
po pas, po czoło w ciemności,
po wysokość gorączki

w malignie od światła wciąż dalej
w najniższych tonach piekła
zastyga w ogniu,
zamarza płomieniem

cisza przeklęta



MATRIOSZKA


Kogóż mi jeszcze odebrać przyjdzie
z tej idiotycznej stacji
zakurzonej wspomnieniami?
Ile razy wychodzić
po nieczekane dłonie?
Skąd popłyną następne
ciężkie od obietnic
krople gorącej czekolady
we wmuszanym w siebie deserze?
Kto zrealizuje
czeki bez pokrycia
na miłość i wierność?
Który magazyn przyjmie na przechowanie
wypłowiałe słowa,
używane uściski
i dziurawe pocałunki?

Co mogło być dane
wyczerpało się dawno.
Lalka jest pusta w środku,
najmniejsza jej z jej części,
ta bez detali,
odeszła ostatnia.